Oil pulling method czyli metoda ssania oleju.
Dowiedziałam się o tej metodzie jakiś czas temu, ale nie zagłębiałam
się w nią. Pomyślałam tylko, że to... obrzydliwe.
Parę dni temu przypadkiem znów natknęłam się na informację o niej i zaczęłam przeszukiwać
internet w poszukiwaniu czegoś więcej.
W końcu podjęłam decyzję. Co mi szkodzi? Przynajmniej spróbuję.
Zamówiłam olej kokosowy, który jeżeli nie do ssania to wykorzystam np. jako
balsam do ciała, więc się nie zmarnuje.
Olej kokosowy jeszcze do mnie nie dotarł, ale ja już tak się
napaliłam, że wczoraj rano użyłam oleju ryżowego (bo taki akurat miałam).
Pierwszy raz był okropny. Miałam odruchy wymiotne.
Wytrzymałam tylko 4-5 minut i powiedziałam sobie: „już nigdy więcej”. Jednak potem w ciągu dnia
zauważyłam (przeciągając językiem po zębach), że moje zęby są gładsze. Nie
wiedziałam czy to przypadek ale postanowiłam spróbować jeszcze raz.
Dzisiaj był drugi raz i było o niebo lepiej.
Nie miałam już odruchów wymiotnych. Szczerze mówiąc to wzięcie oleju do buzi w ogóle nie zrobiło już na mnie żadnego większego wrażenia (może wczoraj miałam zły dzień).
Ssałam olej przez prawie 10 min. W sumie to najgorsze było to, że w tym czasie nie mogłam rozmawiać, czego nie mogła przeboleć moja córeczka.
Nie miałam już odruchów wymiotnych. Szczerze mówiąc to wzięcie oleju do buzi w ogóle nie zrobiło już na mnie żadnego większego wrażenia (może wczoraj miałam zły dzień).
Ssałam olej przez prawie 10 min. W sumie to najgorsze było to, że w tym czasie nie mogłam rozmawiać, czego nie mogła przeboleć moja córeczka.
Teraz z niecierpliwością czekam na olej kokosowy, który
podobno jest inny w smaku i całkiem przyjemny do tej metody.
Zobaczymy czy i jak długo wytrwam.
